Fragmenty powieści: 

– Jak… – wyszeptał, lecz dalsze słowa ugrzęzły w gardle, zdławione bólem i osłabieniem.

Kobieta westchnęła ciężko i pokręciła głową, powoli, z irytacją malującą się na jej twarzy.

– Srak – parsknęła. – Wiem, o co chcesz zapytać, ale nie wiem jeszcze, ile chcę ci powiedzieć. Najpierw to ty powinieneś dać nam coś do zrozumienia. Przybył tu pewien człowiek. A raczej jakiś obmierzły chłop, zziębnięty, cuchnący starym potem i strachem. Najpierw błagał, potem się wygrażał, a na koniec domagał się pomocy, jakbyśmy byli mu coś winni. Twierdził, że w gaju leży ranny, ktoś, kogo nie można zostawić na pastwę losu. A tam… – Urwała na moment, mierząc Tropiciela przenikliwym spojrzeniem. Jej głos był rzeczowy, ale wciąż wyczuwało się w nim nutę podejrzliwości. – Ty już dobrze wiesz, co tam było. Nikt rozsądny nie odważyłby się tam pójść, ale skoro ten mężczyzna zarzekał się, że zwierz został ubity, uznaliśmy, że może warto będzie pomóc. Może. Powiedział, że jesteś kimś ważnym, a jeśli zostawimy cię na śmierć, ostrze armii spadnie na nasze ziemie. Nie lubimy ryzykować, a on… – zawahała się – …on nie wyglądał na kłamcę. Przemawiała przez niego desperacja. Nie powiedział nam, kim jesteś – dodała powoli. – Ale… sowy już tak.

Chłopak, dotąd milczący i pochłonięty struganiem drewna, w końcu się odezwał:

– Zleciały się dość szybko.

Kobieta zmarszczyła brwi i rzuciła chłopcu karcące spojrzenie, ale nie zdążyła go uciszyć.

Hjalkan uniósł lekko głowę, choć ból natychmiast zmusił go do jej opuszczenia. Sowy. To słowo pobrzmiewało w jego umyśle, jakby ktoś ostrzył klingę w samym środku czaszki.

– Ile ich było? – wychrypiał.

Chłopak spojrzał na kobietę, oczekując, że to ona odpowie, ale ta milczała. W końcu sam przerwał ciszę.

– Trzy, może cztery. Najpierw tylko jedna, w czarne pręgi, ale potem… – Urwał i wzruszył ramionami. – Krążyły nad gajem, zanim w ogóle cię tu przynieśliśmy.

…w czarne pręgi – pomyślał, gdy za oknem coś trzasnęło. To Ewelis. Coś się stało. Wstrzymał oddech. Przez moment wmówił sobie, że to tylko wiatr szarpiący gałęziami, lecz wtedy usłyszał kolejne dźwięki – ciche, ostrożne kroki na ubitej ziemi, zbyt miarowe, by mogły należeć do zwierzęcia, i zbyt lekkie, by były dziełem pijanego wieśniaka wracającego do domu. Ktoś tam był.

Kobieta zmarszczyła brwi, po czym sięgnęła po leżący obok kij, gruby, sękaty, zwieńczony odrapaną końcówką. Używany nie tylko do podpierania się, ale i do przepędzania natrętów. Zdecydowanym ruchem uniosła go w stronę chłopca, a głową wskazała na drzwi, sugerując, by natychmiast sprawdził, kto czai się na zewnątrz. Mieszkańcy wioski wiedzieli o rannym, a jeśli ktoś miał przyjść, z pewnością nie zachowywaliby się jak złodzieje, zapukaliby albo dali o sobie znać donośnym głosem.

Chłopak westchnął ciężko, przeciągnął się i podniósł z miejsca.

– Babko, ty wszędzie widzisz kłopoty – mruknął z przekąsem, jeszcze ziewając. – Może to tylko wiatr, a ty zaraz każesz mi brać widły.

– Głupiś. Wiesz tyle, ile masz lat, czyli niewiele. Jak rózga cię nie nauczyła, to życie cię nauczy. Ciężar doświadczenia nie przychodzi lekko, a jeszcze trudniej zrozumieć, że świat ma nam do zaoferowania tylko jedno: nieznośne niespodzianki. Ty sam byłeś jedną z nich.

Chłopak wywrócił oczami, ale nie oponował. Jego dłoń zawisła nad drewnianą zasuwą, przez chwilę zawahał się, po czym z głośnym skrzypieniem otworzył drzwi.

Fragment 2: 

Migar był tu po raz pierwszy, lecz szybko zrozumiał, że znalazł się w jednej z najważniejszych ostoi handlu. Targ pulsował jak serce miasta, a życie toczyło się tu w rytmie nieustannych wymian. Ostatecznie rozlokował się na obrzeżach placu, obok człowieka imieniem Henry, którego miał okazję poznać już w trakcie podróży. Mężczyzna o brązowych oczach, gęstej brodzie i dużym kaszaku sterczącym na twarzy sprawiał wrażenie chaotycznego, ale w gruncie rzeczy był przyjacielski i nad wyraz rozmowny.

– Tej… – przywołał Migara skinieniem dłoni. – Słyszał pan? Słyszał czy nie? Takie cła dojebali, że łzy się w oczach kręcą! Zafajdane gnoje nas wykończą podatkami! – Złapał się za głowę. – Zdębiałem, jak tylko wieści doczłapały się do moich uszu.

– Dobrze, że przynajmniej nie zabijają bez powodu – odparł Migar, starając się jak najlepiej wtopić w miasto kwitnącego handlu.

– Tyle, że zawsze sobie jakiś znajdą. Panie, widzisz tam tego, o? – Henry wskazał głową na mężczyznę w białej aksamitnej czapce ozdobionej piórami czapli. Chłop odziany był w ciemne futro. Nie dał Najemnikowi dojść do słowa. – Mówią na niego Pan Paragraf. Lokalny poborca podatkowy. A ten olbrzym zakuty w stal od stóp do głów to jego najgroźniejszy strażnik. Kawał skurwysyna, wierz mi. Nie chcesz wiedzieć, co kryje się pod tą przyłbicą. Mnie mają w dupie, bo ostatnio handluję przeważnie goździkami. Nawet garnca masła nie przywiozłem. Ale ty? – Przejechał wzrokiem po pachnidłach, które Migar zaczął wykładać na ławę. Wydzielały metaliczną woń bogactwa. – Czy chcesz czy nie, zaraz tu przyjdą. Masz dużo rzeczy. Dużo takich, jakich każdy chciałby dostać w swoje łapska. Oni właśnie tacy są.

– Ale ty nie?

– Ja, panie? – Henry aż uniósł brwi, szczerze zaskoczony. – Całe życie zbieram gówno i już dobrze wiem, jak prosperować, by nie wdepnąć w jeszcze większe. Zachłanność albo kradzież, dajmy na to, mogą właśnie być tym gównem. Nim zacząłem handlować, wiesz, kim byłem?

Na ustach Najemnika pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Polubił towarzystwo Henry’ego – był interesującym rozmówcą. Z lekko ironicznym tonem, spróbował zgadnąć, nie kryjąc zaciekawienia.

– Tkaczem?

– A żebyś, kurwa, wiedział. Tkałem jedwab dla królewiczów, a sam chodziłem jak bezdomny. Ja, panie, mówię na to absurd. Owszem, pokrywali koszty materiałów, ale za robotę płacili tyle, co nic. Ja i moje dwanaścioro dzieci cierpieliśmy niedostatek. A teraz patrz pan… – Rozłożył dłonie i wskazał na swoje szpiczaste buty. – Dostałem je w podzięce za skuteczność w sprzedażach. Heh… Zaczynałem jako pastuch. Drzemałem pod głazami. A że byłem też bimbrownikiem, to często spałem pod nimi pijany, z okowitą z jarzębiny pod pachą. Cudeńko. Mówią, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. W moim przypadku to nieprawda. Wiem, jak odbić się od dna, a nie jestem marynarzem. Jeśli to nie zwycięstwo, to nie wiem, co nim jest.

Fragment 3: 

Hjalkan przykucnął, ostrożnie badając zwłoki. Ciało, które leżało przed nimi, było okrutnie rozczłonkowane, skóra rozdarta na strzępy, aż do kości. Z głowy pozostały jedynie głębokie, szkarłatne bruzdy, a resztki nasiąkniętych krwią ubrań leżały porozrzucane wśród krzewów. Gałęzie splątywały się z rozszarpanym łańcuchem jelit, tworząc paskudny węzeł. Krew nie zdążyła jeszcze zakrzepnąć; ślady wiodły głębiej w las, lecz Halpowi nie widziało się iść dalej. Mało tego, zrobił krok w tył, potykając się o wystający korzeń. Nieomal zwrócił wnętrzności na swój brunatny kaftan z obrzydzenia. Czegoś tak odrażającego nie widział nawet w najciemniejszych zakamarkach lochów.

Oboje zdezorientowani wpatrywali się w okolicę. Z bujnych krzewów unosiła się mgła niczym puch w powietrzu, stopniowo zasłaniając fragment lasu. Hjalkan zmarszczył brwi, przyglądając się temu z rosnącym niepokojem. Mgła… Jak to możliwe? – zastanawiał się. Jeszcze bardziej niepokojąca była jej narastająca gęstość.

Verdon zaczął argumentować, że skoro nie mają czasu na zielarza, to tym bardziej na szukanie sprawcy, lecz Hjalkan zignorował jego głos. Skupił uwagę na czymś innym – na kłębach sierści, gęstej, zbitej i posklejanej od krwi, które leżały wśród traw. Brak cięć na ciele nieszczęśnika – rozmyślał, przyglądając się poszarpanym szczątkom. Teraz był już pewien, że nie zrobił tego człowiek. Nawet taki najbardziej pomysłowy, jeśli można tak to ująć. Nie chodziło mu o pochówek, o fakt, kto niedawno stracił życie, ale o to, co je odebrało. Współczucie raczej w nim bywało, niż było. A kiedy już się pojawiało, przybierało postać błądzącej myśli, szybko odpędzanej przez chłód praktycznego myślenia.

W jego umyśle kiełkowało przeczucie nadciągającego zagrożenia. Zauważył, że sowa, która przysiadła najbliżej, miała oczy w kolorze słomkowej żółci. Potrafił z nich czytać i już wiedział, że przyjdzie im zawalczyć. Śledzenie ofiar po śladach nie było dla niego niczym nowym. W mieszku znalezionym chwilę później tkwiły grzyby zaprawione krwią i mieszankami ziół.

– Masz tu swojego zielarza – rzucił chłodno, nie pozostawiając miejsca na dyskusję.